piątek, 21 lutego 2014
sobota, 21 grudnia 2013
Znów Święta
Świąteczna rozmowa.
Jedziemy sobie przez zmrożony kraj, klimatyzacja cicho szemrze i szemrze radio. Jedziemy długo i szybko, by zdążyć na Wigilię.- Przełącz, do jasnej cholery, bo się porzygam.
- Co zrobisz?
- Się zwymiotuję… Lepiej?
- Dziecko śpi z tyłu… Opanuj się. Są Święta.
- No właśnie! Czy zawsze muszą puszczać ten shit?
- On bardzo dobrze śpiewa, przecież…
- No, dajże spokój!
- Nie lubisz go, bo jest gejem. Homofob!
Wskazówka prędkościomierza wzrosła do 160. Czy wszyscy faceci tak reagują?
- To nie ma nic do rzeczy. Ileż razy można słuchać „Last, k… Christmas”?
Dla podkreślenia uderzył otwartymi dłońmi o kierownicę. Samochodem lekko zabujało- już jechaliśmy 170/h.
- Przestań kląć, do cholery. Zwolnij! Chcesz nas pozabijać w Wigilię?
- Nie przesadzaj, jest pusto i mróz tylko…
-Zwolnij natychmiast, bo inaczej wysiadam…- wycedziłam przez zęby i całkiem spokojnie.
Na to zawsze reagował. Zwolnił i zmienił pas.
- Przełączysz, czy nie?
Drapał się podczas jazdy po różnych częściach ciała, gwizdał, podśpiewywał, pił gorącą kawę z papierowego kubka, jadł batony, ustawiał nawigację, odbierał esemesy. I wysyłał, a jakże! Ale radio przełączałam ja! Jednym palcem, najmniejszym. Tradycja taka, rodzinna. Wcisnęłam czwórkę, a tam? …
“Last Christmas
I gave you my heart
But the very next day
you gave it away
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special”
- Przełączysz, czy nie? Bo ja wysiadam! W biegu…
- Przecież przełączam! Moja wina, że to jest wszędzie?
- Jasna cholera, by to wzięła!
- Miałeś nie kląć. Dziecko śpi…
- To już nie ma polskich kolęd? Jak to tam leciało? „Jezus maluteńki”.
- Malusieńki…
- No… „Jezus maluuusieńki”!- zawył niemiłosiernie.
- To już wolę „Przybieżeli”… W twoim wykonaniu…
- No! Albo „Przybieżeli do Betlejem pateeerzee!
- Błagam… Dziecko…
- No, ale sama powiedz? -ściszył ton.- Nie ma polskich kolęd? A ta, no… „Cicha noc”.
- Jest niemiecka…- napomniałam wciskając kolejne guziki.
- No co ty?
- Jak polską Bozię kocham…
Na siódemce nie było Wham. Był Chris Rea. Moje „ulubione”.
“I'm driving home for Christmas
Oh, I can't wait to see those faces
I'm driving home for Christmas, yea
Well I'm moving down that line
And it's been so long
But I will be there
I sing this song
To pass the time away
Driving in my car
Driving home for Christmas”
- No i czemu zmieniłaś?
- Bo tego nie cierpię…- powiedziałam powoli i bardzo spokojnie.
- Ale czemu? To takie o nas? Nie?
- No… Szczególnie to „Yeah…”
- Facet jedzie do rodziny.
- No masz… Utożsamił się z podmiotem lirycznym…
- A z kim mam się utożsamiać? Z Józefem , co szukał gospody? Czy „W żłobie leży”?
- Lepiej w żłobie, niż w Mc Donalds…
- Daj spokój… „Kawałeczek smycka, jako rękawicka?”
- No to ma być po polsku, czy nie?
- Po polsku, po polsku , ale niekoniecznie ”pobieży”, ”Ach, ubogi żłobie, cóż ja widzę w tobie”, „żłóbeczek” , „Baraneczek”, „W Betlejem, nie bardzo podłym mieście”- co to w ogóle jest?
- Staropolszczyzna, misiu, staropolszczyzna… I po staropolsku ci powiem – Zwolnijże! Bo ci… „Moc struchleję” i „niebo zgoreję”, albo po śląsku, po prostu „piznę…”
- Dobra. Już dobra…- zdjął nieco nogę z gazu- „Otwórz źródło swej pociechy…”
- Cicho… Dziecko śpi…
- Nie śpię!- odezwało się zaspane z tyłu- Co mama ma zrobić?
- Nic takiego. Śpij sobie jeszcze, bo znowu będzie ci niedobrze.
- Nie bądź taka skromna…- popatrzył na mnie lubieżnie z ukosa.- A ty śpij.- zerknął do tyłu przez lusterko- Najdłuższy wieczór przed nami.
- No… Zaraz będzie widać gwiazdki.
- Tak! Tak! Gwiazdki!
- To ja puszczę CD, dobra?
I popłynął sobie miękko, w rytm silnika i mijanych wiosek
- Stary dobry Preisner…
wtorek, 25 czerwca 2013
Menelska fantazja
Menelska fantazja.
| Ewolucja menela to zjawisko zaskakujące. Zastanawiam się nad tym od pobytu w Paryżu. W końcu to stolica żuli. Właściwie, to już nie ma klasycznych kloszardów. Tak naprawd... |
Ewolucja menela to zjawisko zaskakujące. Zastanawiam się nad tym od
pobytu w Paryżu. W końcu to stolica żuli. Właściwie, to już nie ma
klasycznych kloszardów. Tak naprawdę to i zwykły polski menel ewoluował.
Coraz mniej zwykłych pijaków na świecie. Pewnie dlatego, że kto miał
się zapić na śmierć, już się zapił, a miejsce zaplutych, śmierdzących
najtańszym jabolem i bełkocących opojów, zajął nowszy model. Paryski
łachmyta w zasadzie nie śmierdzi, a jeśli już, to z wyboru. Codziennie
może zakładać nowe-stare ubranko i kapać się w łaźni miejskiej na koszt
miasta. Dzisiejszy paryski bezdomny nie pije, najczęściej ćpa, ale i
bywają tacy, którzy są jak asceci, a więc święci. Ławka pod dachami
Paryża i on – sam wobec nieskończoności- wolny i szczęśliwy. Tylko
pozazdrościć. Ten, którego sfotografowałam, prawdopodobnie był jedynym
Francuzem, którego widziałam, bo w sierpniu wszyscy Francuzi uciekają
na wieś albo nad morze. Zostawiają swoją stolicę w obcych łapach,
ostatnio najczęściej skośnookich, których obsługują czarni. Sen miał
twardy, jak sprawiedliwego i nie śmierdział. I pomyśleć- miał wszystko,
co ja, za darmo…

Polski menel także ewoluował. Jeszcze do niedawna w Księstwie Cieszyńskim panował odziedziczony po PRL-u typ „pobrzękiwacza” czyli tzw. mrówki. Dopóki się opłacało-przenosili alkohol przez granice i z tego żyli, nawet nieźle żyli i mieli za co i co, wypić. Potem przenieśli się pod „Kaufland”- długo jedyny hipermarket i odstawiali wózki. Królowała tam Julia- zawsze chwiejąca się z gracją na wysokich obcasach,
- Dziękuję, o pardon…-mówiła po francusku, gdy odmawiałam odprowadzenia wózka dwa metry dalej. Ale i to się skończyło, bo ktoś zrezygnował z opłat na wózki. Co teraz robi Julia, nie wiem, ale tęsknię. Rzadko słyszy się tak wyszukany francuski. Jakieś stare niedobitki tego rodzaju jeszcze czasem widuję, ale rzadko. Zachwycił mnie jednak wczoraj obrazek. Przed nieczynnym od lat dworcem siedział na ławce bezdomny nowego typu, któremu prorokuję przyszłość. Choćby przez wzgląd na fantazję. Ułańską zaiste. Tylko Polak, potomek husarzy spod Wiednia mógł sobie na wózku do zbierania złomu przyczepić plakietkę BMW….

P.S. Zwracam uwagę na charakterystyczne polskie skarpetki do sandałów.

Polski menel także ewoluował. Jeszcze do niedawna w Księstwie Cieszyńskim panował odziedziczony po PRL-u typ „pobrzękiwacza” czyli tzw. mrówki. Dopóki się opłacało-przenosili alkohol przez granice i z tego żyli, nawet nieźle żyli i mieli za co i co, wypić. Potem przenieśli się pod „Kaufland”- długo jedyny hipermarket i odstawiali wózki. Królowała tam Julia- zawsze chwiejąca się z gracją na wysokich obcasach,
- Dziękuję, o pardon…-mówiła po francusku, gdy odmawiałam odprowadzenia wózka dwa metry dalej. Ale i to się skończyło, bo ktoś zrezygnował z opłat na wózki. Co teraz robi Julia, nie wiem, ale tęsknię. Rzadko słyszy się tak wyszukany francuski. Jakieś stare niedobitki tego rodzaju jeszcze czasem widuję, ale rzadko. Zachwycił mnie jednak wczoraj obrazek. Przed nieczynnym od lat dworcem siedział na ławce bezdomny nowego typu, któremu prorokuję przyszłość. Choćby przez wzgląd na fantazję. Ułańską zaiste. Tylko Polak, potomek husarzy spod Wiednia mógł sobie na wózku do zbierania złomu przyczepić plakietkę BMW….

P.S. Zwracam uwagę na charakterystyczne polskie skarpetki do sandałów.
sobota, 16 lutego 2013
I jeszcze kawałeczek... Taki powalentynkowy...
Jarek mieszkał podczas studiów w akademiku politechniki. W
dziesięciopiętrowym bloku z wielkiej płyty. Imprezy tam organizowane, z powodu
braku miejsca i naturalnych potrzeb złotej młodzieży, w zasadzie miały jeden
cel. Gdy wreszcie któremuś udawało się przygruchać chętną panienkę, koledzy z
pokoju milcząco opuszczali pomieszczenie.
Takie było niepisane prawo. Dlatego, ci którzy nie mieli do
tego drygu, lata studiów wspominają, jako mroczne kucie u równie pokaranego
kumpla lub nawet długie samotne spacery po mieście bądź knajpach. W najgorszym
przypadku spanie na dworcu.
Były też oczywiście proste popijawy w tzw. trupa. Nic nie
mąciło wtedy ogólnej wesołości. Oblewano wszystko, co się dało: zdane i nie
zdane egzaminy, imieniny, urodziny, karnawał, zaręczyny, śluby, chrzty,
chandry, zerwania oraz tzw. „nic” (Aaaaaa nic....! po prostu- przyjdź, będzie
parę osób...). Z tych mniej więcej powodów daszek nad wejściem do akademika był
wiecznie zarzygany (niektórzy błogosławili jego istnienie – jako się rzekło,
budynek miał dziesięć pięter...). Panowały nieskomplikowane gry – w
rozbieranego, w butelkę, dla statecznych – brydż, podczas świąt wielkanocnych –
wyrzucanie przez okno na idących dołem worków foliowych napełnionych wodą.
Rozmawiano, słuchano muzyki i pito na umór. Od sesji do sesji. Temu wszystkiemu
towarzyszył wieczorny ryk lwów z pobliskiego Zoo. Kiedy pierwszy raz go usłyszała, myślała, ze
to niewybredne żarty. Jednak ryk był jak najbardziej autentyczny, a niósł się
upiornie daleko. Zoo było stare, jeszcze
przedwojenne, a niektóre niezjedzone eksponaty przetrwały wojnę i pewnie nadal
słuchały komend wyłącznie po niemiecku. Czasami ktoś grał na gitarze, inny
smętnie zawodził. Rafał np. uwielbiał siedzieć na parapecie. Kiedyś urżnięty na
zabój, stanął na nim i odlał się za okno. Ewa pamięta, że Monika trzymała go z
tyłu za pasek spodni, żeby nie wyleciał. On w tym czasie rozwijał swoją, znaną
już wszystkim teorię filozoficzną.
– Zobacz, prawdziwe samobójstwo moczu... – bełkotał Rafał .
‑ Kobieta jest jak mocz – ciepła, delikatna i dobrze się ją
leje ...
Miał takie powiedzonka na każdą okazję.
– Mocz – jedyny przyjaciel samotnego mężczyzny –
– Kto rano wstaje, ten leje jak z cebra –
– Dopóki sikasz - żyjesz .
– Z moczem lżej. Bez moczu jeszcze bardziej.
I najistotniejsze- motto: „Wszystko to gówno-oprócz moczu”.
Ta osobliwa obsesja Rafała miała wyrażać jego zniechęcenie
do wszelkich wymądrzeń, jakimi karmiono ich w szkole. Był, tak naprawdę,
ogromnie oczytany, bardzo wrażliwy i kochany – tak przynajmniej oceniała go
Monika. Sikanie było pojemną metaforą świata i życia. Kiedy wreszcie udawało
się go ściągnąć do pokoju, bo robił zawsze grzecznie to, o co prosiła Monika,
siadał cicho w kącie i mruczał coś pod nosem.
Takich dziwaków spotykały na każdym kroku. Stanowili
folklor uczelni. Lubiły też Bohdana zakochanego w piosenkach Kaczmarskiego,
który do każdej imprezy potrafił wnieść odpowiedni nastrój. Był naprawdę
świetny. Monika słuchała go zauroczona głaszcząc jednocześnie skręcone włosy
Rafała siedzącego między jej nogami na podłodze. Robiła to jakby bezwiednie i
nikt nie odczuwał, że to cokolwiek znaczy. Jednakowo obdarzeni jej względami
czuli się wszyscy panowie, nawet Jarek, który właśnie miętosił pierś Ewy
trzymając rękę ukrytą pod jej bluzką i myślał, że nikt tego nie widzi. Prawda była
taka, że już nikt nie zwracał na to uwagi, w nadziei na rychłe zakończenie ich
okresu godowego. Szczególnie wyczekiwał stopienia tego gorącego okresu jego
przyjaciel dzielący z nim pokój. Pomału miał już dosyć przebywania u swojej
panienki, w domu jej rodziców. Najbardziej był wkurzony, gdy zastawał ich w
łóżku. Próbowali zasłonić się kusą kołderką, ale Ewce zawsze wystawała stopa.
Poruszała jeszcze bezwiednie palcami, a Michał nie mógł długo zapomnieć tego
widoku. Było to takie lubieżne, że aż go ciarki przechodziły.
Nikt jednak nie przypuszczał, że tych dwoje będzie się tak
zachowywać jeszcze długo po ślubie. Na szczęście dla Michała nie dzielił już z
nimi pokoju. Na razie jednak musiał za każdym razem wypijać dziesiątą herbatkę
i jeść jedenaste ciasteczko, próbując jednocześnie trzymać ręce przy sobie,
podczas gdy oni tam sycili się sobą kolejny raz i to pewnie coraz natarczywiej,
bo przecież: „Zaraz wróci Michał...”
W tym samym mniej więcej czasie, gdy Ewa dojeżdżała do
Grunwaldzkiego, Jarek zmiął w dłoniach skotłowacone i prawie mokre
prześcieradło, poskładał poduszki, pozamykał, pozapinał i wyrzucił ostatnie
ślady ich szaleństwa.
– Ostatnie mam
na sobie- pod prysznicem zorientował się, że jest podrapany. Czuł jeszcze w
nozdrzach jej zapach...
–
Raczej nie używa perfum... więc to chyba mydło... Albo coś bardzo
delikatnego...
Z tą słabo
uchwytną wonią zlewała się inna – gorącego pożądania, gdy cicho jęczała mu do
ucha lub postękiwała. Ten zapach szczególny był w zagłębieniach – w zgięciach
łokci, w pachwinach, pod biustem i na karku.
–
Mógłbym trafić na węch... – ta zbereźna, w jego
mniemaniu myśl, wywołała niespodziewaną reakcję wznoszącą.
–
Mam naprawdę spore możliwości! – spojrzał w dół z dumą
na swojego sprzymierzeńca.
–
Dziś i jutro nic z tego, bracie! Ewa – wieczna
kusicielka, idzie do dentysty... – jakby faktycznie obdarzony był własną jaźni
– zmiękł i opadł.
– Ale obiecuję
ci stary, że następnym razem odbijemy sobie... – reakcji już nie było, bo
właśnie skończyła się ciepła woda a musiał się przecież jakoś spłukać.
Teraz już
nie tylko nie było z czym rozmawiać, ale i prawie nie było go widać! Zmarznięty
i zły zrobił kanapki i herbatę, usiadł sobie, by przejrzeć podręczniki. Jakaś
część jego myśli wciąż jeszcze trwała przy niej. Czuł się na przemian, męski i
cyniczny albo miękki i opiekuńczy. Ogarniał go rodzaj podświadomego
szaleństwa.. Ponad cyframi i wzorami otacza i dusi...
–
Jak zapach lilii, od którego zawsze bolał mnie łeb.
Zapach odurzający i zdradziecki, który musi skończyć się wymiotami.
–
Mam wprawę w rzyganiu – mruknął cicho do ostatniej
kanapki.
I tak, z
pełnym brzuchem, w poczuciu spełnionej męskości, załadował do pamięci jeszcze
jeden wzór i usnął. Spał twardo i krótko, zawsze w tej samej pozycji -na wznak.
Obudził go potworny ucisk na pęcherz i erekcja. Gdy pozbył się pierwszego,
znikło drugie.
– Dziś będzie dzień
b e z – westchnął i ogarnęły go sprawy „inne”.
środa, 30 stycznia 2013
Spełniam życzenia? Ktoś chciał cd. mojej najstarszej powieści? Oto on.
Stan ten pogłębia się wraz z
obrotem planet. Jak mówią przysłowia mądrościowe ludu pracującego miast i wsi –
w styczniu słonie, w lutym konie, w marcu – koty, w kwietniu – psy, w maju –
my!
Próbowali przystopować, ale w pewnym wieku, to
niemożliwe... Teraz frunęła przez ulicę, aby zdążyć przed gderaniem. Wkrótce
wszyscy będą musieli zaakceptować ich niemoc. Ale, właściwie, aż do jesieni,
nikt jeszcze o niczym nie wiedział,.
Wracała grzecznie po dzienniku, wychodziła z pieskiem, odwiedzała biblioteki...
Jednak już we wrześniu okazało się, że jej rozwój intelektualny doznał
poważnego zagrożenia ze strony zmysłów.
Wracała od niego. Był jeden
z tych wieczorów, które sławił Kochanowski. Złota polska jesień. Taksówka
ślizgała się na gnijących liściach. Było ciepło, miękko, przytulnie. Latarnie
słały migotliwe błyski. Spod zaspanych powiek widziała swoje miasto szykujące się
do nocnej zmiany. Auto właśnie wyprzedzało skowyczący tramwaj. We Wrocławiu
tramwaje skrzypią, jęczą i skowyczą ze starości. Skarżą się.
‑To ten, który mi zwiał –
pomyślała z satysfakcją – Właściwie to dobrze, że tak się stało...-oparła głowę
o zagłówek, odetchnęła sobie i uśmiechnęła się do siebie, bo poczuła, że
przesiąkły jej majtki i, pewnie też trochę, sukienka. Używali modnego wówczas
środka antykoncepcyjnego, którego działanie polegało na wytwarzaniu niebywałej
ilości piany. Miłość po dziś dzień kojarzy jej się z jego zapachem. Jarek
żartował, że ich dyskusje zawsze kończą się „biciem piany”.
Usiadła głębiej w fotelu. Mijali most zawieszony i
światła odbite w leniwym nurcie Odry. Taksówkarz włączył radio i popłynęła
bezpretensjonalna muzyczka „10 CC”.
–To
jak ukoronowanie dnia...- przepłynęło jej przez głowę leniwie i dobiegł ją
jeszcze, jakiś zabłąkany w ciele, rozkoszny dreszcz.
–
Zimno pani ? – z troską spytał kierowca.
–
Ach, nie, nie ... Po prostu bardzo dobrą muzykę puszczają...stare, dobre
kawałki...
–Taaaak
... piękna noc i muzyczka na miłość... – wyprostował ręce na kierownicy, jakby
się przeciągał i wykwitł zbereźnym uśmieszkiem.
–
Jasne – ucięła tę konwersację przestraszona, że może „chcieć zawrzeć
znajomość”.
– To
pewnie ich stary chwyt – rozważała – stają pod akademikami, by łapać kursy z
panienkami. Zawsze złapią jakąś odrzuconą... – pomyślała i teraz naprawdę
zrobiło jej się zimno.
Zdała sobie bowiem sprawę, że i ona jest taką panienką
wyplutą przed 1200 przez akademik, który, jak wiadomo, kipiał od
łączących się we wszystkich możliwych pozach i układach, par.
Źródło przenikającego ją chłodu niepokojąco
umiejscowiło się gdzieś między nogami. Poruszyła się lekko i poczuła, że
puściła mydlano -antykoncepcyjną bańkę.
– Jezu...jeszcze zostawię tu
plamę, a ten homerycki cham będzie miał powód do rozmyślań...
Za nic nie mogła jednak się przemóc do korzystania z
łazienki, w której, Bóg wie, kto się myje i co się w niej wyrabia. A wyobraźnia
poddawała jej najwyuzdańsze i makabryczne obrazy. Prawdę mówiąc, już sam fakt,
że korzysta z niej Jarek, wprawiał ją w zakłopotanie.
– Czy nie wychodzi z niej w
jakiś sposób skażony?
Teraz nie zatrzymała dłużej tej myśli, bo nękała ją
inna kwestia.
– Czy ja naprawdę muszę
myśleć, co myśli taki taksiarz, którego zresztą pewnie niewiele dziwi?
Zdziwienie to wybitnie funkcja intelektu... Srał to pies...Gówno mnie obchodzi,
czy to go obchodzi. – ucieszyła się nagle i uśmiechnęła do wstecznego lusterka.
– Jak dla niego, to mogę być
nawet dziwką, arabską panienką za gumę do żucia –Taksiarz promiennie ukazał
niepełne uzębienie.
– Na szczęście patrzy
wyłącznie do przodu... Nie..., prostytutki nie jeżdżą taxi. Więc chyba wyglądam
na podlota z ogólniaka obsługującego zagranicznych studencików...Cóż, na kogoś trzeba
wyglądać... Kop ci w dynię - pomyślała – i jeszcze raz odwzajemniła wyszczerz.
Brzydziła się Arabów i kolorowych. Zawistni o panienki,
którym byle co, byle z Zachodu, imponowało, polscy studenci opowiadali o nich
legendy... A takim głosem i z taką powagą- najgorsze bzdety np. jak się
podmywają, jak traktują kobiety, co jedzą i czego spodziewają się w łóżku -że,
chcąc nie chcąc, przesiąkła tą atmosferą. Święcie przekonana o wyższości
zdrowego polskiego studenta nad resztą świata. Choćby, jak jej wybranek, miał
dwie pary spodni i trzy koszule z PDT. Ale za to podcierał się papierem
toaletowym, a nie podmywał wodą z butelki po mleku i to wielką czarną, lewą
łapą. Takie butelki naprawdę stały w kiblach, ale jednak wątpiąc myślała:
- Nie... To niemożliwe... Na
pewno jacyś złośliwcy je tam podrzucają. Stara zasada. Siła słowa. Jak inaczej
mogą się bronić? Tamci mają wyraźną przewagę walutową...
Nie wystarczało jej wyobraźni, ale kto wie? Co kraj to
obyczaj... Ponadto Jarek miał jeszcze wiele innych zalet, pozornie
nieistotnych. Np. jadł wieprzowinę, pił tanie wino nawet w ramadan i nigdy,
przenigdy, tego była pewna, nie podgrzałby ryby konserwowej w puszce na gazie.
A właśnie tego była kiedyś świadkiem...Tak właśnie żywili się żyjący w
akademiku Wietnamczycy... Tak nałykała się tego nieprawdopodobnego smrodu, że
ich ukośne spojrzenia odbierała, jako łakomy wzrok kierowany na karaluchy,
które tutaj osiągały wielkość małego kota. Dlatego rzadko jedli u niego...
Zaburczało jej w brzuchu i odchrząknęła, aby Julytaxi nie skomentował tego w
stylu: „Po bzykaniu chce się jeść ? Co nie?”
Właśnie przepłynęli przez Biskupin. Ulice były prawie
puste, więc przystawali tylko na skrzyżowaniach. Miękko zawieszone auto lekko
brało zakręty, muzyczka grała, taksówkarz zrezygnował z podrywu i tylko bębnił
palcami o kierownicę. Gdy zbliżali się do śródmieścia, zaczęła obmyślać
strategię wejścia do domu.
– Prawdopodobnie śpią, więc
wystarczy cicho wpasować się w pokój. Nie... Nie wystarczy... – przypomniały o
sobie dolne partie – Muszę wziąć głęboki prysznic... A to nieco komplikuje
sprawę...
– Od Trzebnickiej? –
przerwał jej rozważania kierowca.
– Aaa, tak, tak, bardzo
proszę...– powiedziała myśląc jednocześnie – Dobrze wie, zakalec, że to
dalej... Była jednak gotowa zapłacić za spokój. Odchrzanił się przecież...
Zrobili dwa niepotrzebne skręty, wysłuchała jeszcze
jednego kawałka wpatrzona
w podświetlone witryny sklepów, zaciskając jednocześnie mocno uda i pracując mięśniami wsobnymi, by zatrzymać w sobie resztki płynów. Wreszcie zobaczyła swój blok i szlag ją jasny chciał trafić, bo w kuchni paliło się światło.
w podświetlone witryny sklepów, zaciskając jednocześnie mocno uda i pracując mięśniami wsobnymi, by zatrzymać w sobie resztki płynów. Wreszcie zobaczyła swój blok i szlag ją jasny chciał trafić, bo w kuchni paliło się światło.
Z miną zbitego psa zapłaciła za kurs, zwinnie
wygramoliła się z wozu manewrując tyłkiem tak, by nie trzeć o tapicerkę,
grzecznie powiedziała „Dobranoc”, trzepnęła drzwiami i zasyczała nagle, jak z
bólem zęba, bo uświadomiła sobie, że teraz pojawi się w oknie GŁOWA.
– No... Jakżeby nie! Jest!-
sąsiadka już stała z nosem przy szybie... Lokóweczki, międlące coś usta, jak
zawsze... Górniczak zawsze spała w lokówkach. Dziwne... Chyba nigdy nie
widziałam jej bez nich. A ktoś widział?
Ewa otworzyła bramę, na palcach wbiegła na czwarte
piętro, a już na drugim poznała po dziwnych dźwiękach, że pies usiłuje ją
wywęszyć przez szparę w drzwiach. Otworzyła i bez wstępów walnęła psa po pysku
tłumiąc dzikie kwiki radości... Modelując twarz na wesołe, beztroskie
rozbawienie i świętą niewinność, wparowała do kuchni. Tekst, tak dobrze
wystudiowany wcześniej, zamarł jej na ustach...Nie było nikogo, nie wyłączyli
światła... Wytargała psa za uszy i zdusiła rozszalałą radość drapiąc go
paznokciami po grzbiecie. Wprawiało go to w tak dziką rozkosz, że głupiał i nie
chcąc przerwać pieszczoty jakimś nieopatrznym ruchem, zamierał w bezruchu
mrucząc tylko i napierając na jej dłoń grzbietem.
– No.... Już ..już ...Mordo
jedna... uspokój się. Właź...! – popchnęła go do swego pokoju, co, już samo w
sobie, jest psim rajem, gdyż pozwalała mu spać
w fotelu...
w fotelu...
Runął od razu na swoje wyleżane miejsce, zrobił dwa
kółka – wszystko zgodnie z wypracowanym wcześniej rytuałem – i ułożył się z
nosem we własnym odbycie.
– Psu to zawsze
swojsko...Gdyby mnie udało się w ten sposób ułożyć, nie byłoby pewnie tak
dobrze... Przynajmniej nie teraz... Czułabym się jak w mydlinowej łaźni...
To przypomniało jej o prysznicu... Nie okazało się to
wcale takie banalne, bo rury w blokach wydają najpotworniejsze dźwięki na
świecie. Najpierw się dławią i krztuszą w agonii, potem pierdzą i prychają, by
wreszcie wydać na światło strugę żelazistej wody. Black Saabath się nie umywa...Popatrzyła
z niedowierzaniem na kolor strumienia i odczekała nad wanną dłuższą chwilę, bo
nie miała ochoty zmieniać się, przynajmniej nie na rudo, przynajmniej nie
tam... Umilała sobie ten czas podrygiwaniem prawej nogi pod rytm muzyki, która
grała tylko w jej głowie i strojeniem min do swego odbicia w lustrze. Gdy była
już przy okrutnym wywaleniu jęzora i oczu z orbit, zorientowała się, że matka
wyszła z sypialni do ubikacji. Szuranie kapciami wskazywało na to niezbicie.
– Zobaczyła buty i torebkę w
przedpokoju. Będzie już spać spokojnie... – myślała Ewa, ale jakoś nie było jej
lżej.
Umyła się, wytarła, usłyszała zamykanie drzwi do
sypialni rodziców, świńskim truchtem wbiegła do swego azylu. Pies podniósł na
nią tylko jedno oko.
Ukradła jeszcze jeden miłosny wieczór...
wtorek, 1 stycznia 2013
niedziela, 30 grudnia 2012
I po Świętach...
Wigilie
Być
może
Właśnie
w ten jeden
Jedyny
dzień
Jestem
moją babcią z trudem zagarniająca
Dzieci
i wnuki do jednego stołu
Bo
przecież najpierw trzeba się pomodlić
Być
może
Właśnie
w ten jeden
Jedyny
dzień
Jestem
moim dziadkiem
Zaginającym
czubek sosny by powiesić
Zawsze
niesforną gwiazdę
Być
może
Właśnie
w ten jeden
Jedyny
dzień
Jestem
moim beznogim bohaterskim stryjem
I
bezdzietną ciotką, której nikt nie lubił
I
nikt nie wiedział czemu.
Być
może, mój Boże
Moją
matką strząsającą cukier puder
Z
obfitego biustu do klusek z makiem
I
czule obejmującą w dłoniach
moją
dziecięca twarz
Może
samą sobą smażącą karpie
I
w tym samym geście tulącą
Policzek
mojej córki
Może
będę, mój Boże
Także
nią w podobnym geście
Matczynej
czułości
Być
może,
Byłam,
jestem i będę
Tym
wszystkim
Każdą
chwilą celebrowaną przez nich i świętą
Ich
nadzieją i wiarą
Że
jest miłość poza grób trwająca
I
poza krzyż
Wiarą,
że właśnie narodził się Bóg
Jestem
i będę
Właśnie
w ten jeden
Jedyny
dzień…
Subskrybuj:
Posty (Atom)

