poniedziałek, 18 lipca 2011

Retrospekcje


Tego roku zima była wyjątkowo długa i mroźna. Takie temperatury zapamiętała tylko z roku, gdy rodziła Asię. Musiała przykryć ją wtedy całą, łącznie z twarzą, by nie odmroziła noska, gdy wiozła ją ze szpitala. Teraz też wszystko, łącznie z powietrzem zdawało się być skute mrozem. Jej znajomi w górach mieli taką zabawę, że puszczali bańki mydlane, a one zamarzały w powietrzu i dopiero, gdy opadły na ziemię, pękały z trzaskiem, choć niektóre spadały na puch i tak sobie leżały zapadając się tylko, bardziej niż zwykle, w śnieg. Ludzie powytyczali w mieście szlaki z kolein w zaspach, bo już nikt nie był w stanie wywozić zamarzniętych hałd. Nocą unosiła się nad wszystkim różowa łuna, sikorki wyjadły całą słoninę na jej balkonie i nawet Morda cieszył się, że już wracają ze spaceru do domu.
-         A tu trzymało i nic nie wskazywało, by miało ten żelazny uścisk popuścić. W szkole było zimno i dzieciaki siedziały w niektórych klasach w kurtkach. Zastanawiano się , czy nie przerwać zajęć. Jednak dyrekcja postanowiła wytrzymać jakoś do ferii. Potem przecież musiało zelżeć..
I rzeczywiście, po przerwie zimowej, którą praktycznie spędziły z Asią w domu, bo nawet na łyżwy było za zimno, ociepliło się i pomału, cały ten nagromadzony śnieg z błotem i śmieciami, zaczął tajać. Podobnie zaczęła czuć się ona, jakby i z niej spływało pomału, niezauważalnie, pod wpływem słońca, a sama zamieniała się w twardą, zmrożoną, brudną i ciężką skorupę. Jadła tabletki w nadziei, że minie, ale jakoś nie chciało. Życie składało się już wyłącznie z dni, które chciała jakoś przeżyć, godzin do przetrzymania, sekund do przetrwania.
-         Nic więcej.
Aż opuściła ją nadzieja, ta której utratą straszy dantejskie inferno i ta sama, która strzegła wiernie jej osobistego piekła.
Ból... Ból był wszechobecny. Przestał się „umiejscawiać”, a po prostu objął ją całą.
-         Jakby ciało ogarnęła fala gorączki paląc i zajmując wszystkie narządy roznoszona przez wezbraną, spienioną krew.
Nie bolało nic konkretnego, a jednak wszystko.
-         Trudno nawet powiedzieć, czy bolało... Boli, gdy jest rana, stan zapalny, chora tkanka...To było odczucie... Uczucie bólu z bólu odarte i przez to wredniejsze. Nie można było nikomu pokazać- O... Popatrz! Tu mnie boli. Tu mi krew leci. Tu mam bliznę, znak. Widzisz? Muszę odpocząć, poleżeć. Bo siły nie mam. Wyleżę, wypocę, wygrzeję. Nie mam siły...
Chciała być chora. Pragnęła jakichś wyraźnych objawów. By nikt nie powiedział:
-         Nie wygłupiaj się. Nic ci nie jest. Weź się w garść.
Jak na złość była odporna na wszystko. Na najgorsze grypy szalejące w szkole, zapalenia krtani, tak powszechne u jej koleżanek, a nawet zwykłe przeziębienia. Prowokowała chorobę chodząc w mokrych butach i bez czapki, wychodziła po kąpieli na balkon- zachowywała się, jak nastolatek przed klasówką, ale nie pomogło. W końcu, jakaś wyższa instancja wysłuchała jej próśb i dostała półpaśca.
-         Poronna różyczka- sama w sobie paskudna, bo bolą nerwy odchodzące od kręgosłupa i rwie aż w nogach- ale dla mnie wtedy- ból kojący. Odrywający od TAMTEGO bólu. No i to swędzenie... Surowicze wypryski, których nie wolno drapać. A i to było miłe. Mogłam koncentrować się na sobie i tym swędzeniu. Marek sprowadził teściową i mogłam sobie chorować. Mogłam się skarżyć, jeść środki przeciwbólowe, leżeć w łóżku, domagać opieki...
Jednak, już po kilku dniach zaczęła ją ogarniać przerażająca myśl, że przecież jej przejdzie...Czuła się wtedy taka bezsilna. Tak bardzo bała się powrotu do pracy i tego wysiłku, by przeżyć następne sekundy, minuty, godziny, dni...Im bardziej zdrowiała, tym gorzej się czuła.
-         TAMTEN ból powracał.
A ona już wiedziała, że na to środka nie ma. Co więcej- nikt jej nie uwierzy, ona nie będzie się tego domagać, będzie się zatem starać z nim walczyć, a on jest silniejszy.
-         Już wiedziałam, że jest silniejszy. Że nie dam rady.
Wtedy, gdzieś z mroków jej posępnych myśli, zaczęły wyłazić niedopowiedziane, niesformułowane nigdy do końca, czyhające dotąd w swoich ciemnicach, myśli o śmierci. Ale nie tej, której się bała, bała tak bardzo, że nie sposób z tym żyć, a tej innej, tej, której chciała, bo była jedynym wybawieniem od TEGO bólu. Łapała się na tym, że ogląda maszynki do golenia męża i zastanawia, jak głęboko można naciąć skórę na przegubie, rozważa, ile trzeba by „zaoszczędzić” tabletek, by wystarczyło, z jaką prędkością jadą auta na jej ulicy... Odbywało się to jakoś tak zupełnie „na boku” jej myśli, jakby myślała tak, jak się patrzy kątem oka i zupełnie przecież nie o TYM...
-         Wiele z tych pomysłów odrzucałam zaraz. Bo albo byłoby za dużo krwi, a
Mała...Albo za duża masakra, a Mała...Za dużo zamieszania, nie bardzo skuteczne...Tak naprawdę, to nie myślałam o tym, jak o śmierci. Przecież strach przed śmiercią mnie paraliżował i odbierał sens życia. Były dni, gdy budziłam się z myślą, że umrę i z nią kładłam się spać. Odbierała mi najlżejszą radość i wywalczony z trudem spokój. Bałam się śmierci- choć „nas nie dotyczy, bo jeśli jesteśmy my, nie ma jej”. Na to żadna filozofia nie pomagała, żadna religia, ślepa i nieślepa wiara. A jednak... Gdy jadłam rybę- myślałam o ościach, gdy stałam na schodach- o karku, gdy suszyłam włosy- o napięciu prądu, w wannie o żyletkach, na spacerze o uginających się gałęziach, w aucie o spalinach, przy gotowaniu- o gazie i nożach. Z każdego okna i balkonu oceniałam odległość, z mostów- nurt i głębokość rzeki...Nawet kładąc głowę na poduszkę zastanawiałam się, czy można samemu się zadusić. Plastikowa torba... Takie amerykańskie reklamówki ze zdjęciami modelek w nowych ”Wranglerach”. Kosiński...Jerzy Kosiński. Ostatni lot „Malowanego ptaka”. Czy można samemu tak się pomalować, by zadziobali cię ludzie? Sprytne. Wina zrzucona. Albo „maszyna doktora Kevorkiana”... Jeszcze sprytniejsze. Kroplóweczka. Sama uruchamiasz, zasypiasz, a chlorek potasu zatrzymuje serce...Samobójstwo jest grzechem...Tak... Religia przecież zrodziła się z niezgody na śmierć. Każda. Bez tego nie byłoby proroków, świętych ksiąg, modlitw, obietnic wiecznego życia...Śmierć – nie, cierpienie- i owszem... I często drogą do nieba ma być właśnie męczeństwo... Prawie wszystkie religie uwielbiają cierpienie, uświęcają je i celebrują. Tylko buddyzm chce od niego uciec. Ale czy to jest religia, skoro nie ma w niej pojęcia boga? A i oni nie uznają samobójstwa- najlogiczniejszego z możliwych wyjścia, uwolnienia od karmy. Nawet u nich jest to grzech spychający w dół po drabinie bytów. Grzech? Nie. Na żadnego samobójcę to nie działa... Nawet kara wiecznego potępienia nie odstrasza. Właśnie- bo nie ma nic straszniejszego, niż sam strach. Gdyby samobójcy wierzyli, że się nie skończy- nie robiliby tego. Chcą końca – strachu i bólu. Nic, tylko końca. Ja się bałam. Czarnej pustki i braku. Braku czucia, smaku, węchu, wzroku, słuchu i ...myśli. Mnie. Strach silniejszy od samego, czystego strachu.
Ale i ona miała wkrótce poznać, ból silniejszy od tego lęku...„Strach większy od samego strachu”.
Miewała już wcześniej ataki paniki. Najgorsze były chyba te, które bezwarunkowo wymagały opanowania. Na przykład w szkole. Opowiadała o Biblii, jej różnorodności i znaczeniu, czasie powstania, soborze w Trydencie, na którym ustalono Wulgatę i w związku z nim wpadła w dygresję o żonie dla Kaina, który napiętnowany został wypędzony na wschód od Edenu i osiadł w Nod.
-         I powstaje pytanie: Skąd wzięła się żona dla Kaina? Matka Henocha i całego rodu „dzikich” potomków Kaina?
A uczniów to specjalnie nie interesuje, że pewnie była kosmitką albo siostrą... A na religii „My nie przerabiali”. Wtedy ona tłumaczy pomału, że księgi składano czasem „na siłę” bądź przypadkowo i że scalano nie zawsze słusznie zupełnie niezwiązane ze sobą teksty i nie należy traktować, akurat tych dwóch, jako dalszego ciągu, bo dzieli je znaczny czas i to właśnie jest dowód na to, że Biblia nie jest jednorodnym dziełem i trudno go odbierać dosłownie. Że, niestety, akurat to pytanie zadane jest głupio. I tak dalej, i tak dalej, i nagle czuje, że dojechała do miejsca w swoim mózgu, za którym nie ma nic, kompletna pustka, w której przerażona rozgląda się bezradnie i po omacku szuka jakiegokolwiek zaczepienia. Zaczyna powtarzać ostatnie zdanie w nadziei, że przypomni sobie wątek przed dygresją, ale nie pomaga. Fala grozy ogarnia ją od stóp po dekolt, zaczyna się pocić i jąkać, rozpaczliwie rozgląda po twarzach, ale tylko nieliczne cokolwiek wyrażają. To ją trochę pociesza i w końcu prosi o otworzenie podręczników na stosownej stronie. Uspokaja się na tyle, by opanować drżenie rąk, siada za katedrą i modli o ratunek. Wreszcie, gdzieś przez czarną mgłę wyziera jedno słowo: Trydent, a za nim utracony wątek i ocean pamięci. Ale ona nie jest w stanie już prowadzić wykładu i szukać z uczniami dyskusji, woli zdać się na podręcznik. Cały czas myśli o tym, dlaczego ją to spotkało? Dlaczego akurat teraz?
-         Może Bóg mnie ukarał? Może jakieś bluźnierstwo wypowiedziałam? Może powinni niezachwianie wierzyć w boski charakter Księgi? Może sieję niepotrzebne wątpliwości w nieukształtowanych głowach i osłabiam ducha? A to jest kara? Bolesna kara... Ostrzeżenie.
Długo potem przekonuje siebie o absurdalności takich zarzutów i nawet powtarza sobie:
-         Nie dajmy się zwariować.
Ale zasiane ziarno kiełkuje, a podlewane wieczną niepewnością i lękiem rozrasta w gigantyczne wątpliwości.
-         Nie nadaję się. Nie mogę uczyć. Zapominam. Mam dziury w mózgu. Jestem do niczego. Nie mogę nawet głupiej lekcji przeprowadzić. Dlaczego? Może jednak jest jakiś powód?
Od tej pory każdej lekcji towarzyszy napięcie i trwoga.
            - A jeśli  T O  się powtórzy?
Praca stała się męczarnią i dopustem Bożym.
Podobne przerażenie, histeryczne napady, mogły nie mieć zupełnie żadnego podłoża. Mogła po prostu wracać, szczęśliwa, że skończyła lekcje, do domu. Jak wtedy, gdy spotkała koleżankę z pracy na skrzyżowaniu. Ona wyszła z delikatesów, Ewa szła spokojnie do rynku. Zatrzymały się na chwilę- tamta z zakupami, uśmiechnięta, życzliwa, ona po sześciu godzinach gadania do odrapanej ściany ze zdjęciami Sienkiewicza, Nałkowskiej, Żeromskiego, Prusa i Dąbrowskiej w jednakowych czarnych ramkach. Pożaliły się sobie na ciężki los, Ewa dowcipkowała i uśmiechała pocieszająco, gdy nagle oblał ją zimny pot, a nogi same ugięły. Rozejrzała się dyskretnie dookoła, bo miała wrażenie, że świat się wali im na głowy. Tak rzeczywiste, że przykuliła się instynktownie, jak pod obstrzałem, ale szybko skorygowała postawę, bo przecież świat nadal stał, a koleżanka oplatała dyrdymały. Wrażenie nie ustępowało. Zmusiła się do stania prosto, przełknęła z trudem ślinę i mową ciała zaczęła wysyłać nieznaczne sygnały- „Pójdę sobie już”. Koleżanka odebrała znaki. W uśmiechach i żartach Ewa zakończyła spotkanie:
-         Przepraszam, ale śpieszę się. Spotkamy się jeszcze, to pogadamy. Teraz naprawdę muszę już lecieć.
A tu właśnie kamienice naokoło zaczęły zakrzywiać się i opadać powoli na chodnik. Już była zorientowana, że to tylko jej szajba, jednak strach był taki namacalny...
-         Taki cholernie realny...
Zazwyczaj wtedy też robiło jej się niedobrze i miała wrażenie, że się chwieje i zaraz przewróci. Jednak się nie przewracała. Miała też uczucie, jak z niektórych swoich snów- że nie może podnieść nogi, że nie sposób oderwać jej od ziemi, a jeśli już się uda, to waży tonę i trzeba nią szurać o beton. Gdy wtedy gdzieś szła, najwyższym wysiłkiem woli korygowała każdy krok, każde zachwianie i jeszcze pilnowała, by nikt jej wysiłków nie zauważył.
-         Żeby wyglądało normalnie.
I nikt nie zauważał.
-         Ale nie było...
Wracała do domu spocona, jak mysz, z mdłościami podchodzącymi do wyschniętego na pieprz przełyku, powtarzająca w modlitwie:
-         Niech się skończy. Błagam. Niech przejdzie.
Jeśli mogła, zaszywała się w swoim łóżku pod pretekstem zmęczenia i usiłowała przespać. Na początku się udawało. Budziła się w świecie, który nie zamierzał nikomu runąć na głowę, a jej nogi niosły ją pewnie. Jednak zaufania- ani do świata, ani do swoich nóg, nie odzyskała już nigdy.
-         Skoro zdarzyło się raz...
Żyła w lęku, że wróci.
-         W tym, co najgorsze, zawsze mam rację. Przeczucia... Przekleństwo każdej matki. Jeszcze Mała nawet nie zagorączkowała, a ja już wiedziałam, że coś się kroi. Po jednym kaszlnięciu byłam przygotowana na zapalenie płuc Czuć, przeczuwać... Jak się czai, jak zagląda zza rogu, jak wyczekuje, by rozpocząć atak. Gdy chorowało dziecko wstępowała we mnie nagła siła, energia do odparcia ataku i dziwna pewność, że dam radę. Wobec siebie, nagle robiłam się bezradna i pewna klęski. Pewna, że nie mogę nic zrobić. Nie mogę się przygotować i nie ma rozsądnej reakcji. Więc czuję, myślę, czekam. Jak pieprzona Kasandra. Patronka wszystkich wariatek. Apollo-bezwzględny, cwany i inteligentny -pod pretekstem pocałunku, napluł jej w usta i dlatego nikt nie wierzył w jej proroctwa. Przestała więc w końcu oplatać szaleństwa... Samotna w swoim szaleństwie. Ale nie uciekła... Dlaczego? Bo pewnie sama sobie nie dowierzała...W snach proroczych nie widziała, jak w panice ucieka. Jak tuli święty marmur do obnażonych piersi. Tego sobie nie wyprorokowała. Wariatka. Smutna, mądra, przewidująca wariatka. Ja teraz też czułam, że nadchodzi. Maskuje się i myli drogi, ale nieuchronnie zbliża się, zataczając tylko wielkie koło- najgorsze. Najgorsze...
I wracało.
-         Czarne okręty zawracały z pełnego morza i cicho cumowały w zatoce...Naprawdę szaleni ludzie, w radosnym, pijanym pochodzie, plotąc wieńce w jego grzywie i słając przed nim kwiaty, wprowadzali drewnianego konia niszcząc niezdobyty mur, a Kasandra przywarta do posągu stojącego na miejscu skradzionego palladium, czeka, aż Mały Ajas zwlecze ją za włosy. Czeka nieuchronnego. Przepowiedzianego swoim głosem.
Podchodziło ostrożnie, jakby bało się zaatakować wprost. Sama nawet zaczęła sobie w duchu tak to nazywać:
-         Mam atak...

czwartek, 7 lipca 2011

ze środka



Ani żyć ani umrzeć- tak, w skrócie można by oddać jej stan po diagnozie. Tyle tylko, że przestała latać z przeróżnymi bólami po lekarzach, a po prostu zaciskała zęby.
-        To tylko TY. Twój zas…łeb. Nic więcej…-powtarzała sobie, a bóle obrażone odchodziły pozostawiając jednak dokuczliwe ćmienia.
Uznała, że tak musi być i po raz kolejny, „brała się w garść.” Już wiedziała, że to tylko w jej mózgu świat niebezpiecznie się przechyla, ale i tak nie mogła się oprzeć nieustannemu podpieraniu go. A on i tak rozłaził się, rozmiękał, przelatywał przez bezradne dłonie. Wychodziła do szkoły, odprowadzała małą, wymyślała jej tysiące dodatkowych zajęć, by nie okazać się wyrodną matką, a i tak miała wciąż wrażenie, że mała staje na końcu tunelu i macha do niej chusteczką.
-        Tylko nie wiedziałam, kto odjeżdża- ona czy ja…
Do wszystkiego zmuszała się napiętą do ostateczności siłą woli i zaraz czuła się winna.
-        Dziecko cię nie cieszy?- Ty wyrodna suko…O co ci chodzi? Porządny mąż, mieszkanie, praca- a ty wciąż skwaśniała…Co jeszcze trzeba? Daj żyć innym przynajmniej… Tylko przeszkadzasz…
Taki głos słyszała przy odrabianiu z małą lekcji- co zresztą normalnie byłoby czystą przyjemnością, bo Asia nie dość, że miała fenomenalną pamięć, to jeszcze chęć; gotowaniu, robieniu zakupów, ale i, najgorsze, przy zwykłych przyjemnościach, rzeczach, które ludzie robią dla uciechy- jeżdżeniu na łyżwach, nartach, w kinie, spacerach po górach. Nic jej już nie sprawiało przyjemności, niczym nie potrafiła się cieszyć. Wszystko zatem było męczącym obowiązkiem, garbem i nieznośną udręką.
-        I co z tego, że widziałam, że to choroba? To było realne. Nie można wymyślić sobie braku sensu życia. To jest i koniec. Co z tego, że w mojej głowie? Nie ma przeszczepów mózgu… Epikur…Ten stary spryciarz… Kiedy uznał, że życie go nie cieszy, a przestało po siedemdziesiątce, wytoczył sobie publicznie krew, czy wypił cośtam… Nieważne…Właśnie radość życia była dla niego tym sensem…Jest różnica? Trzydzieści czy siedemdziesiąt?
Jej nie potrafiło, choćby sprawić ulgi, kompletnie nic. A przecież nie mogła tym zarażać, szczególnie małej. Więc zmuszała się do radości także, a to przecież niewykonalne.
Póki musiała wychodzić do szkoły-wychodziła. Trzymała się obowiązków, jak pijany płotu. Narastało to pomału i niewidocznie, mimo, że jadła grzecznie tabletki i odwiedzała panią psychiatrę regularnie, acz, jak zwykle, krótko. Ich rozmowy były zdawkowe i nikt ich nie starał się podtrzymywać. Ewa miała wrażenie, że pani doktor nie przepada ani za swoją rolą, ani za otoczeniem, ani Ewą- jedną z wielu pacjentek zawracających jej szanowną, wydzielających łza, śluz z nosa, pot ze strachu...Nie chciała być, jak te durne baby w poczekalni- zasmarkane i zalane rzeką spazmów. Niczym tak nie gardziła…Niczego tak się nie wstydziła. Miałaby jeszcze okazywać strach, słabość, cierpienie? Tej kobiecie z miną obrażonego, rudego kota? Na rutynowe pytanie:
-        Jak się Pani dziś czuje?
Odpowiadała zawsze, choć zastanawiało ją, dlaczego akurat ważne jest dziś, a nie np. wczoraj, przedwczoraj?:
-        Dobrze…
I to zadowalało panią doktor, która sięgała po bloczek z receptami i tyle…Któregoś razu, wzięła się na odwagę i napomknęła, że ma wrażenie, że gorzej zapamiętuje i może inteligencja ją pomału opuszcza, więc może zrobiłaby jej, jeśli to nie problem, jakieś testy na IQ. Pani doktor była jednak stanowczo przeciwna - taki miała, w każdym razie, wyraz twarzy, bo wypowiedziała tylko sakramentalne:
-        Lepiej nie.
To oczywiście, wzbudziło w Ewie burzę domysłów:
-        No tak...Komórki zanikają, hipokamp się zmniejsza. Procesy myślowe spowalniają...Aż staną zupełnie. Wkrótce nie rozpoznam siebie w lustrze. Dlatego nie chce zrobić mi testów. Jeszcze wykazałyby, że nie mogę zupy ugotować, a co dopiero, uczyć w szkole. Lepiej nie. Lepiej nie wiedzieć. Wykupić tabletki i modlić się o odroczenie najgorszego. To tylko mogę.
Wracała do domu i znów podejmowała nierówną walkę. Potworny wysiłek, jaki musiała włożyć w najzwyklejsze wstanie z łóżka, jest nieporównywalny z niczym, do czego mógłby się zmusić człowiek zdrowy.
-        Stłumiona panika- to określenie chyba jest najlepsze…
Ogarniała ją już wieczorem dnia poprzedniego, bo zasnąć oznaczało stracić panowanie nad sobą, ciałem, jaźnią. Nastawiała więc radio i budzik jednocześnie w odstępie półgodzinnym, by nie zaspać, co oczywiście było bardzo prawdopodobne, jako że udawało jej się zasnąć dopiero nad ranem, a wtedy wybudzenie z tak mocnego i głębokiego snu usztywniało ją przynajmniej do południa, po którym nagle flaczała w totalnym znużeniu. Każdą lekcję przygotowywała najstaranniej i na każdą ewentualność. Niezapowiedzianej hospitacji (której nikt by nie zrobił, bo i po co?), zmiany planu (planu nikt w szkole nie zmienia przed końcem semestru), epidemii grypy, lenistwa uczniów ( to akurat się zdarzało, bo przekładali klasówki), przemarszu wojsk (jakich?), apokalipsy spełnionej… Chciała być pewna, że nic jej nie zaskoczy. Dostosowywała warianty lekcji do humoru i poziomu uczniów, co z kolei rodziło wątpliwości natury moralnej- bo nie bardzo wiedziała, czy chce mieć autorytet czy święty spokój i sympatię. Oczywiście wkrótce zaczęła się gubić w poszczególnych wariantach i odmianach wpadając w popłoch lub, dla urozmaicenia, bezradność i apatię. Ale swoje czterdzieści pięć minut przed trzydzieściorgiem w różnych stadiach dojrzewania- musiała odbębnić. A jakieś zajęcie mieć musieli, jakoś ich zabawiać trzeba było. Inaczej roznieśliby ściany. Starała się więc, żeby było ciekawie i mądrze, zabawnie, dowcipnie i z pożytkiem. I chyba, mimo wszystko, oni to doceniali. Nie miała kłopotów z tzw. młodzieżą. Nie musiała nigdy wrzeszczeć i uspokajać. Za przeciwnika miała jednak zupełnie kogoś innego- najbardziej podstępną, wymagającą, nieznoszącą sprzeciwu i żadnych, choćby najmniejszych, słabości, wredną sukę- samą siebie.
Po doczłapaniu do domu mogła już tylko leżeć i tępo patrzeć w telewizor albo spać. Wcześniej oczywiście obżerała się do bólu. Albo bezustannie. Z tego też nie potrafiła czerpać przyjemności, choć miała zawsze nadzieję. Ta nadzieja jakoś nie opuszczała jej nigdy…Nigdy nie była syta, nigdy to nie było to, czego oczekiwała, a jak już było, to rodziło poczucie wstydu i winy, że znowu się obżarła. Zaczęła nienawidzić swojego odbicia w lustrze. Postępującą nieporadność, zadyszki, wałki tłuszczu…Niesiona poczuciem winy podejmowała kolejne próby z wymyślnymi dietami, które owszem, skutkowały schudnięciem, ale momentalnie nadrabiała to z nawiązką, podczas następnych tygodni.
-Głodówki przeplatane obżarstwem- tak to, mniej więcej, było. Wszystkie te diety…
Kopenhaska, szwedzka, Montignac, dieta plaż południowych, białkowa, owocowa, ketogeniczna, śródziemna, wrzodowatygodniowa, ryżowa, dieta kliniki mayo, pszeniczna, jogurtowa, Diamondów, 1200 kalorii, 1000 kcal, hollywoodzka, ziemniaczana, bakłażanowa, kapuściana, South Beeach…Każda poparta studiami psychologicznymi i na filozoficznym bądź naukowym postumencie…Cały odchudzeniowy przemysł. Wszystko poza mną…Wciąż mam nadzieję, że zajem smutek i strach, wypełnię czarny lej w środku. Miałam nawet zaparcie… W sensie…W obu sensach. Było nawet tak, że nie jadłam nic przez dwa tygodnie i wcale nie schudłam jakoś szczególnie. Mój organizm przeszedł tylko na jakąś inną energię. Tajemnicze źródło kalorii. I to nie było słońce, bo to było jesienią…Potem jadłam jak ptaszyna, a i tak spadek wagi był nieznaczny. W dodatku spalałam bezodpadowo…Czułam się lepiej, choć dziwnie. Jak na haju. Na pewno lżej i dumniej. Byłam jak księżniczka. „Księżniczki nie robią kupy”, „ Księżniczki po miesiącu eksplodują”. Byłam dumna, ale głodna i nieszczęśliwa. Potem powoli wracałam do dawnych zwyczajów i znów puchłam jeszcze bardziej niż przed. I tak w koło Macieju. Dojrzewałam do decyzji o następnej diecie, znów puchłam itd. Wreszcie uznałam, że lepiej było nie zaczynać i dałam sobie spokój. Moje ciało wygrało ze mną kolejną wojnę. Zupełnie jak tą, którą w głowie toczyły trójpierścieniowe.
Tę walkę przegrała chętnie. Właściwie było to trochę, jak zemsta. Każdy przejaw niezdarności i nieporadności, pogłębiającą się niechęć do swojego ciała, z którym przecież wcześniej żyła w zgodzie- lubiła ruch, była zwinna i gibka, jak to mówią-sprawna, była jeszcze jedną bronią w walce z sobą. Była sama przed sobą niegodna normalnego, sprawiającego przyjemności ciała- wszystkich rozkoszy oprócz jedzenia, które zresztą, tak naprawdę, też jej nie satysfakcjonowało- było go wiecznie albo za mało, albo nie takie, jak należy. Mogła sobą gardzić i mniej żałować nieuchronnie zbliżającego się końca.
Dostała jeszcze jeden argument, by nienawidzić siebie. Nie to jednak było najgorsze…Mogła sobie być gruba. Mogła nie cierpieć swojego odbicia w lustrze, swoich zdjęć, nagrań. To jeszcze było „częścią tego wszystkiego”, co ją nieuchronnie spotykało i na co rady nie było.
Było jednak coś, czego nawet w najgorszym ze stanów zaakceptować nie mogła i za co chętnie by się zabiła. Czuła, że przegrywa walkę o to, by być matką. Nie- dobrą matką, odpowiednią matką, wymarzoną, czułą, opiekuńczą,… kochającą matką… Po prostu -matką.
Pamiętała przecież, że kiedyś było inaczej. Noce i dnie z małą przy piersi,  kiedy zmęczona do ostateczności była szczęśliwa, jak nigdy. Tworzyła z dzieckiem odrębny świat, kokon do którego nic co złe, podstępne, choćby niemiłe, wstępu nie miało. A była z nią zupełnie sama, nie miała pomocy, nie miała nawet kogo spytać, gdy mała wymiotowała sztucznym pokarmem. Ponieważ jej matka wychowywała jej brata w sterylnej czystości- także wyparzała wszystko, co miało z małą styczność, gotowała i prasowała tetrowe pieluchy, przecierała zupki i owoce. Choć nikt już tak nie robił. Były już, choć potwornie drogie, pampersy, Gerbery i ten cały przemysł. Ona stworzyła sobie obraz dobrej matki i taką była. Jedno, co doprowadzało ją do rozpaczy, to płacz dziecka. Wrzynał się w mózg, wstrzykiwał nową porcję adrenaliny w zmęczone ciało i robiła wszystko, by ucichł.
-Tak mają matki. Tysiące pokoleń przede mną i po mnie- tak myślała.
A potem było coraz lepiej, Asia przestała się wydzierać, wszystko robiła jakieś miesiąc, dwa miesiące wcześniej, niż wskazywał kalendarz, którym się kierowała.

środa, 15 czerwca 2011

To jeszcze trochę z poczatku...

Nie próbowano z nią rozmawiać. Nawet ten pogodny młody doktor, który rozmawiał z jej mężem.
-          I chwała Panu- myślała.
Niczego tak bardzo nie pragnęła, jak jakiegoś kąta, w którym mogłaby się zaszyć. Przekazywali ją sobie z rąk do rąk, jak jakąś paczkę. Ona posłusznie dreptała wykonując nieskomplikowane polecenia:
-          ”Proszę się przesunąć.”,
-          ” Proszę to postawić”.
To akurat było do jej torby.,
-          „Proszę usiąść i poczekać”.
Jedyną informację usłyszała jadąc windą. Brzmiała:
-          ”Pojedziemy windą”.
 Ludzie w białym mieli zawsze w kieszeniach klucze zasuwkowe i machinalnie, jak klamką, otwierali kolejne drzwi, które, miała takie wrażenie, były wszędzie. Gdy  czasem jeden biały człowiek spotykał drugiego białego człowieka, rozjaśniał się cały uśmiechem i następowała serdeczna, niewyszukana konwersacja, która jakimś tajemniczym łukiem omijała jej postać. Dowiedziała się np., że szkarlatyna Piotrusia już minęła, a do Ustrzyk pojadą kiedy indziej, bo na razie nie ma urlopu. Że w sklepie „na szpitalu” są bardzo fajne termometry na baterie, że bardzo mało „żrą energii” i są dokładne, wreszcie, że  „fajne buty sobie kupiłam na mieście”. Generalnie wszystko było albo „fajne” albo O.K. O niej nic.
-          Pewnie dlatego- pomyślała- że nie jestem fajna i ze mną nie jest O.K.
Zachowywali się, jakby była przezroczysta. Słowa wyrzucali ponad jej głową, choć wcale nie była niska, miała uszy i całą resztę. Była jakąś procedurą do wykonania. I trzeba przyznać, że ta rola doskonale jej odpowiadała. Mogła spokojnie jeszcze bardziej cofnąć do skorupy i liczyć na to, że się odczepią.   
-          Gdybym teraz miała udawać zainteresowanie lub, nie daj Boże, się uśmiechać…- tego bała się bardziej.
Całkowicie obojętny jej był los Piotrusia i pogoda w uzdrowiskach. Obojętne jej było absolutnie wszystko. Nawet własne dziecko.
-          Mam dziecko? No tak, mam… Śliczną, mądrą dziewczynkę, która ma nieczułą, zobojętniałą matkę… Że też musiała trafić na mnie…
Zachwiała się i człowiek w białym przytrzymał ją mocno pod rękę, nie przestając rozmawiać z tym drugim. Właśnie wyszli z windy i ta sama pielęgniarka o nieokreślonej płci, która otworzyła im drzwi izby przyjęć, zapisywała coś w zeszycie w kratkę. Najwyraźniej była od zapisywania i kwitowania odbioru. Nastąpiło przekazanie. Usłyszała i wykonała kolejne: ”Proszę usiąść”.
-          Wreszcie trochę spokoju. Wreszcie może dadzą mi spokój. Jeśli już mam zapaść w ten czarny lej, chcę to zrobić sama. Niech tylko nikt ode mnie niczego nie chce, nie spodziewa się, nie oczekuje. Nie mam siły. Tak bardzo nie mam siły…
Najbardziej znienawidzone ostatnio przez nią słowo, brzmiało: ”Musisz”. wszystko, co zaczynało się od niego, otwierało czarną, bezdenną przepaść. Nie miała już siły walczyć. Gotowa była już spaść i nie bronić się rozpaczliwie więcej. Po co? Jeśli i tak prowadzi to do jednego? Po co się tak niemiłosiernie katować? Żeby o minutę opóźnić nieuchronny koniec? Po co?
-          Kto to powiedział?- myślała- Kto powiedział, że śmierć nas nie dotyczy, bo jak jesteśmy, to nie ma jej, a jak jest, to nie ma nas? Kto?
Nie mogła sobie przypomnieć. Ostatnio wielu rzeczy nie mogła sobie przypomnieć, a najgorszą z myśli była, że nie pamięta nawet, jak się nazywa. A tą naj, najgorszą- jak na imię ma  Mała.
-          Asia, Joasia, Asiulek, Asinka- powtarzała wtedy w myślach w kółko, aż jej się zakręciło w głowie.
Lęk, jaki ją wtedy ogarniał, był nieopisany. Nigdzie, na żadnej z setek tysięcy stron literatury polskiej i światowej, którą przeczytała i omówiła, nie znalazła opisu takiego lęku.
-          Tak muszą czuć się zaszczute zwierzęta…
Tak samo pragnęła skulić się w kącie i z szeroko rozwartymi oczami, trzęsąc się, warcząc i gryząc, czekać na ostatni cios. Od pewnego czasu, to już nawet tego chciała. By jakaś miłosierna dłoń ją dobiła.
-          A może nie? Może jeszcze za mało cierpię. Może można bardziej? Tylko trzeba to przetrzymać? Być dzielną. Musieć. Musieć…
I znowu wstępowała w nią ta durna nadzieja. Nadzieja, z która wiązało się niewiarygodne cierpienie, bo nie mogła w nią uwierzyć…Tak długo walczyła, tak długo była dzielna, odsuwała głupie myśli, wynajdywała zajęcia…Wszystko przez nadzieję, że będzie lepiej. Nie było. Było coraz gorzej, a ona nie rozumiała, dlaczego. Nic nie pomagało. Ani  racjonalne jedzenie, ani obżarstwo, ani kulturalne picie, ani opilstwo, ani milutki małżeński seks, ani dziki i zbereźny. Nic. Zazwyczaj każdy dzień był gorszy od poprzedniego, aż wreszcie zaczęła się poddawać…
-          Proszę, pójdzie Pani ze mną.- usłyszała trochę skrzekliwy, ale niewątpliwie żeński głos.
Pochodził od pielęgniarki, która skończyła notować w zeszycie w kratkę formatu A5. Poczłapała za nią wlokąc za sobą torbę. Przechodziły rozpaczliwie długim korytarzem oświetlanym sinym światłem jarzeniówek. Wreszcie przystanęły w przedostatnich drzwiach. Na końcu korytarza, który się znacznie rozszerzał, zauważyła duży otwarty pokój z fotelami pod ścianą.
-          Woli pani przy drzwiach, czy oknie?
-          Wszystko jedno- odpowiedziała słabo, ale zaraz uświadomiła sobie, że nie będzie na sali sama i pewnie nie wytrzyma przy drzwiach.- Chyba chciałabym przy oknie…
-          To proszę...- z westchnieniem kobieta pokazała jej łóżko po lewej stronie od dużego okna.
Na sali stały cztery łóżka, te dwa przy oknie odgrodzone szafą. Przy nich  szpitalne szafki i jeszcze kosz przy drzwiach i druga szafa. Na sali leżały już  dwie starsze od niej kobiety. Jedna niewiele, druga staruszka.
-          Boże… A miał być spokój…-przestraszyła się, że nie wytrzyma tutaj, że to wcale nie jest to zbawienne miejsce, gdzie dadzą jej wreszcie spokojnie zdechnąć.
Położyła torbę na  twardym kocu w zielono- czarno- szarą kratkę. Zaczęła wyjmować swoje rzeczy.
-          Tę szafę mamy na dwie.- odezwała się staruszka i machnęła niedbale ręką w stronę oddzielającej łóżka prostej szafy ze sklejki.
-          A tak… Dziękuję bardzo- odpowiedziała, choć w duchu modliła się, by nie chciały się z nią „zapoznawać”.
Na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Rozłożyła wszystko do szafki, powiesiła rzeczy obok płaszcza starszej kobiety i zawahała się, bo pewnie powinna się przebrać, by wyglądać, jak one. To znaczy w pidżamy pod dres lub szlafrok. Nie miała dresów. Tym bardziej takich „szykownych” z aksamitu, jak ta po drugiej stronie okna. Siedziała sztywno na łóżku, z nogami w skórzanych kapciach i patrzyła tępo w podłogę. Ewa postanowiła poczekać na rozwój wypadków, ale jeszcze długo nic się nie działo.
-          Najwidoczniej wypadki tu się nie rozwijają- pomyślała niemal wesoło, choć w jej stanie, to niezbyt fortunne określenie.
Była napięta i czujna. Bardzo chciała sprostać nowej sytuacji, ale na razie nie było czemu „sprostywać”.  Wreszcie kobieta w aksamitnym dresie ocknęła się i mechanicznie zaczęła wykonywać czynności, które Ewa postanowiła naśladować. Doprowadziły ją one do łazienki, umycia zębów, przebrania w pidżamę i  położenia się spać. Potem ktoś wszedł z korytarza, zgasił światło i Ewa została  z wzrokiem utkwionym w sufit. Drzwi nikt nie zamykał. Do środka wpadało światło z koszmarnych, podwójnych jarzeniówek, ochlapanych niemiłosiernie żółtą farbą, która pewnie miała być ciepłą i rozświetlającą, a tymczasem, w połączeniu z olejną położoną do połowy ściany, światłem jarzeniówek i niebieską pecefałową podłogą,  dawała upiorny, nieboszczykowy odcień. Jakiś czas słyszała odgłosy ludzi sunących do łazienki, która była nieco na ukos od jej sali, po prawej, przeciwległej stronie. Mogła też widzieć człapiących w papciach i laczkach.
-          Są też faceci- pomyślała.
Było w niej, jakieś zdziwienie tym faktem, choć sama nie rozumiała jego źródła.
-          Jakoś tak… nie kojarzy mi się TO z facetami.- myślała.
Wkrótce się przekonała, że mężczyzn jest więcej. Teraz czujnie chwytała odgłosy i obrazy, które wkrótce wycichły niemal zupełnie. Choć była wystraszona tym normalnym, ludzkim lękiem człowieka w nowym miejscu, widocznie nie był on tak dotkliwy, bo zasnęła szybko i dawno nieznanym, głębokim snem. Przetaczały się przez nią jakieś obrazy, dźwięki i rozmowy, dawno zapomniane twarze i trwogi. Ciągle miała uczucie, że czegoś zapomniała, nie dopilnowała i przez to, ktoś ucierpi, ale z samego snu nie zachowała w pamięci prawie nic.
            Obudziło ją posapywanie Babci, bo tak sobie w duchu nazwała starszą kobietę. Wierciła się za tą ich wspólną szafą, stękała i posapywała. Potem  nagle wpadła młoda, dziwnie wesoła pielęgniareczka i nie wiadomo po co, bo było jasno, zapaliła światło z raźnym okrzykiem:
-          Wstajemy, moje Panie! 
Kobieta leżąca koło niej sztywno na wznak, otworzyła szeroko oczy, jak zoombi, usiadła na łóżku, wsunęła drobne stopy w papcie i znów, jak nakręcona, powtórzyła wszystkie czynności z wieczora. Z tą różnicą tylko, że  w odwrotnej kolejności ubierania: zdjęła pidżamę, a założyła aksamitny dres. Babcia się chyba w ogóle nie myła. Była też już ubrana. Ewa podziękowała Opatrzności za szafę, która je oddzielała i za to, że pokój był wąski, ale długi.
-          No tak. Tu mnie zaprowadziło…- myślała sobie leżąc jeszcze. – Co z tego będzie? Co ja tu robię?
Pomyślała też, że Mała już pewnie jedzie i nagle zmartwiła się o to, czy wzięła leki na chorobę lokomocyjną dostatecznie wcześnie, by zdążyły zadziałać. A zaraz potem, że pewnie tak, bo jest przecież wyjątkowo obowiązkowa i zapobiegliwa.
-          Zupełnie nie, jak małe dziecko…Da sobie radę… Już, tak naprawdę, mnie nie potrzebuje…
Z rezygnacją wykonała te wszystkie czynności, które chyba należało i usiadła na łóżku czekając na to samo, cokolwiek to było, co kobieta po drugiej stronie. Okazało się, że czekały na obchód. Ruch na korytarzu zmienił charakter na jakiś taki bardziej podniosły, babcia wylatywała, co jakiś czas z pokoju i wychylając się zza drzwi oznajmiała:
-          Są na końcu. Są już u Lidki. Są już pod czternastką.
Wreszcie zakrzyknęła triumfalnie:
-          Idą!
Wpadła na swoje łóżko, przykryła się kocem pod nos i leżała wyprostowana. Do sali weszło troje w rozpiętych fartuchach. Jedyny facet miał stetoskop. Przystanęli najpierw nad łóżkiem kobiety po drugiej stronie. Mężczyzna, na oko koło sześćdziesiątki, postawny i krzaczasty.
-          Kojarzył się z tatą-misiem- surowym ojcem niesfornego Colargola. Siwa gęsta czupryna i białe wybujałe brwi nachodzące na opuchnięte, mocno zagięte ku dołow,i powieki.
Zdjął kartę z jej łóżka, rzucił okiem i spytał, jak się czuje. Wtedy Ewa przekonała się, że jej sąsiadka umie mówić.
-          Przynajmniej jedno słowo zna: „Dobrze” – pomyślała wtedy – a zaraz potem powtórzyła to samo, bo w jej przypadku było podobnie.
Z tym tylko, że jedna z kobiet tłumaczyła w kilku zdaniach facetowi, że pacjentka, czyli Ewa, przyjęta została dopiero wczoraj. Wtedy facet, o dziwo, zwrócił się do niej z uśmiechem i powiedział.
-          To zaczniemy jakieś leczenie…
Zdobyła się na uśmiech także i przytaknęła głową.
Na nic mądrzejszego nie miała siły, choć może powinna się przynajmniej zirytować. W jej obecnym stanie jednak, jedynym co wyprodukowała, było westchnienie pełne osłabiającego znużenia. Kiedy dużo później, będzie myśleć o tej scenie, zdanie, które wypowiedział wtedy doktor-stetoskop, będzie wyglądało mniej, więcej tak:
-          „ Jakie k… „zaczniemy”, jakie k…„jakieś” i jakie k…”leczenie”?

sobota, 4 czerwca 2011

"Anhedonia"-początek.



Budynek był tym, najbardziej oddalonym od głównego wejścia i, jak się później przekonała, także najnowszym, jeśli nie liczyć budowanego od trzydziestu lat i nieukończonego gmachu przy centrum kompleksu. Mogli więc przejść przez stary park, przedefilować przez aleję potężnych kasztanowców, minąć dwustuletnią magnolię, która właśnie zrzucała ostatnie różowe płatki i oswoić nieco z niewesołymi myślami. Przynajmniej on nieco ochłonął.
-          Wyraźnie to wszystko mnie przerasta. Najwyraźniej…
Teraz to już nawet bał się myśleć, więc robił, co trzeba i nie próbował prorokować. Nigdy zresztą nie był w tym dobry.
-          Co komu po wizjach z przyszłości? Te z przeszłości przynajmniej mają jakiś sens. Coś z nich wynika…Można jakieś wnioski wyciągnąć…A tu co? Jaki wariant wybrać? Ten czarny, czy jeszcze czarniejszy? Normalny człowiek nie może tak myśleć.- przekonywał siebie nie pierwszy już raz.- Nie może...
A dookoła wiosna buchała z każdego zakątka, zielone podłaziło pod stopy, a zapach go oszałamiał, jakby znów miał dwadzieścia lat. Z drzew spadały ciężkie krople przelotnego deszczu, jeszcze bardziej orzeźwiając ziemię. Drzewa miały egzotyczne nazwy, choć jemu, na wygląd,  kojarzyły się swojsko.
-          Dęby szypułkowe, burgundzkie, miłorząb dwuklapowy odmiany kolumnowej…Cokolwiek to znaczy- pomyślał sobie czytając tabliczki- Modrzewie japońskie, kasztanowce, jakaś glediczja trójcierniowa, a obok- wreszcie coś dla gminu-wiąz polny…Może to miało być arboretum? Chyba jednak nie- za mało miejsca, zbyt publiczne...
Kazała je dosadzać, dawno, dawno temu, dbająca o krajobraz austriacka księżniczka o znanym w okolicy nazwisku z przedrostkiem von. No i przeżyły dwie wojny światowe i kilka pomniejszych. Park stracił styl i protestancką elegancję, bo w komunizmie ważniejsze sprawy zaprzątały władze, ale za to, zapewne, spotężniał. Zwykłe sosny podosadzane tu i ówdzie, miały podpiłowane dolne gałęzie, by nie cieniły trawników, które akurat były wizytówką PRL-u , szczególnie takie z tabliczkami „Nie deptać trawników” z wymalowanym butem hańbiącym właśnie dorodną stokrotkę. Trawniki przerośnięte, zachwaszczone, zażółcone o tej porze mleczem i stokrotkami właśnie, wychodzące na alejki niechlujnie zalane asfaltem.
-          Mieszanka stu lat, trzech ustrojów, czterech nacji i żywiołu.- myślał sobie wciągając do płuc rześkie powietrze i mrużąc oczy od pobłyskujących w późnopopołudniowym słońcu kropel. - Nawet mi się zarymowało. Niedokładnie, ale jednak…
Uśmiechnął się pod nosem i zaraz pożałował, bo przecież to bardzo nieodpowiedni moment na uśmieszki, ale chyba nie zauważyła tego. Szła z nosem nisko, jakby nadmiernie skupiona na samej czynności chodzenia. Próbował to zrozumieć, naprawdę się starał…
-          Ale mamy przecież dziecko…Ja nie mam czasu. Zwyczajnie nie mam czasu…A teraz, co? Kto to wszystko ogarnie?
Szli w ciszy mijając kolejne budynki- duże, ciężkie poaustriackie kamienice. Wielkie wejścia z półokrągłymi schodami, dachy z blachy, zapewne kładzione po wojnie, byleby nie lało do środka, niemiłosiernie obfajdane przez ptaki, poddasza… Nie spoglądała, co prawda, tak wysoko, ostatnio wiecznie skulona, wpatrzona w ziemię tuż przed butami, ale właśnie gałązki, pióra puchowe i zasuszone ptasie kupy pojawiające się cyklicznie, zwróciły jej uwagę. I w taki oto sposób zdarzyło jej się na moment oderwać wzrok od swego nieszczęsnego posuwania do przodu i zobaczyć gołębie gniazda pod dachami starych willi, w których mieściły się kolejne oddziały szpitala. Najokazalsza była kiedyś domem dyrektora, okalał ją kiedyś płot…
-          Pewnie był ogródek…, żywopłot, huśtawki…Dyrektorskie dzieci w krótkich spodenkach na szelkach i falbankowych sukienkach z żorżety i płaszczykach z gabardyny toczące przed sobą serso… Dziś -tylko zdziczałe porzeczki, wypłukany przez deszcze lew z piaskowca na straży ganku…korytarze, metalowe łóżka. Dzieci z problemami neurologicznymi. Epilepsje, porażenia, niedowłady…- myślała człapiąc, a nagle znów te myśli - Szuram nogami. Ciągle powłóczę i szuram nogami…Nie chodzę jak człowiek…
I znów opanował ją ten lęk. Lęk tym większy, im bardziej niezrozumiały.
-          Jak to się robi? Chodzi? Raz, dwa. Lewa, prawa. Muszę pamiętać. Muszę o tym pamiętać. Nic już nie dzieje się bezwiednie. Lewa. Prawa. Znowu. Lewa. Prawa. Lewa...
Znowu świat się lekko zakołysał, a niesmak w ustach przypomniał, że pewnie koniec już bliski i może nie warto patrzeć do góry.
-          Nie patrzę w niebo. Niedługo kark zrośnie się z głową. Jak u świni. Będę ryła w błocie i wywalała oczami, by zobaczyć niebieskie. Niech mnie już zamkną. Do jasnej cholery, niech mnie już zamkną. Chcę leżeć w kącie i nich się wszyscy od… Niech dadzą mi zdechnąć. Niech tylko nikt nie patrzy… Święty spokój. Lewa, prawa. Jakoś tak…W głowie. To siedzi w głowie…Nie można uciec. Obcięcie łba… Tak. To by pomogło. Tuż przy karkówce. Tylko niech mała na to nie patrzy. Proszę.
Przytrzymał ją pod ramię, bo wydawało mu się, że się zachwiała.
-          Wszystko dobrze?- zapytał.
-          Jasne. Wspaniale. Frunę nad ziemią, wiosennie, niezmiennie…-pomyślała z goryczą i poczuła, że łzy zbierają jej się w kącikach oczu.
Nic nie powiedziała, odepchnęła jego rękę. Przełknęła, ale gruda w gardle pozostała.
Zaparkowali daleko za szpitalem. Jak zwykle przejechał kilka pustych miejsc, nie wiedzieć czemu mu niepasujących, a potem już nie było, a droga zaczęła zakręcać pod górę. Auta stały wzdłuż i znaleźli miejsce dopiero u wylotu ulicy.
-          Właściwie jest mi przecież wszystko jedno. Wszystko jedno, gdzie ten gruchot stanie, czy zahaczy błotnikiem o wysoki krawężnik, czy będą na niego spadać te obleśne nasiona wyglądające, jak brązowe glisty. Dziś dodatkowo mokre od deszczu… sznurkowe liszaje i czy wdepnę po wyjściu z auta białymi butami w wiosenną kałużę…Wszystko jedno. Niech już mnie zamkną.
I specjalnie postawiła wychodząc z auta nogę w sam środek błota. On udawał, że nie widzi. Teraz ten upaprany but, przed oczami, gdy szła pochylona, odmierzał:
-          Prawa. Prawa.
Dochodzili do celu. Budynek wyglądał, jak gierkowski po liftingu. Ale dosyć starannie wykonany. Nawet klomby były dokoła i w powietrzu jeszcze unosił się zapach farby i niewyschłego cementu. Budynek był świeżutki, jak cała ta wiosna dokoła. Na pierwszym piętrze na całej długości zbudowano wsunięty balkon. Zauważył, że kraty są tylko w oknach na wysokim parterze i w piwnicach. Nie wiedzieć czemu, ucieszyło go to. Głupkowato się uśmiechnął i zaraz tego pożałował. Na pewno zauważyła. Jej twarz, ostatnio i tak ciągle zacięta, ścisnęła się jeszcze bardziej. Westchnął głęboko i zadzwonił do drzwi. Nie było reakcji. Zaczął czytać plakietki przy przyciskach:
Dyżurna pielęgniarka.
Portiernia.
Dyżurny lekarz.
Nie miał pojęcia. Ona usiadła na murku. Znów skulona w sobie, zapadnięta.
-          Może coś z tym, kto zrobi?- przemknęło mu, nerwowo przez głowę.
-          Ja mam dość!
Nacisnął wszystkie po kolei. Wreszcie ktoś się niewyraźnie, poprzez trzaski i szumy, odezwał.
-          Słucham.
Właściwie nie bardzo wiedział, czy to było uprzejme, czy wściekle znużone.
-          Bardzo przepraszam. Mamy skierowanie do szpitala.
-          Przyjęcia od drugiej strony.
Usłyszał, teraz wyraźnie, skrzekliwy głos i krótki grzechot odkładanej słuchawki.
-          To na pewno nie było jednak uprzejme.
Został z półotwartymi ustami. Ona podniosła się z murku i szła jakąś tylko sobie widomą ścieżką, na tyły budynku. Podniósł torbę z jej rzeczami i poszedł za nią. Zeszli po schodach, jakby do piwnicy, ale były tam okna, tyle tylko, że u samego sufitu. Z tyłu był podjazd, więc chyba można tu było podjechać wprost karetką. Zapukali do kolejnych drzwi i tym razem prawie od razu im otworzono.
-          Przyjęcie na salę?- spytała bez ogródek pielęgniarka o nieokreślonym wieku i płci.
I nie czekając na odpowiedź, zażądała:
-          Skierowanie proszę.
Znowu został z otwartymi ustami, bo właśnie chciał odpowiedzieć, ale tylko sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i podał papierek.
-          Lekarz zaraz przyjdzie- oznajmiła i wyszła.
Zostali sami w czymś w rodzaju poczekalni. Postawił torbę na białym, jak wszystko wokoło, krześle, a sam usiadł obok. Ona stała. Pochylił się do przodu i zaczął wyginać palce. Słońce na końcu korytarzyka wpadało prawie prostopadle przez okno u sufitu i barwiło na czerwono przeciwległą ścianę.
-          Może zaczną Cię leczyć…- powiedział cicho.
-          Idź już. Dam sobie radę. Idź już do domu. Nie chcę, żeby siedziała sama.
Skoro już miało być, niechby było. Niech tylko nikt nie widzi. Chciała byś sama.
-          Jezu.. Co ja powiem dziecku? -pomyślał nagle, ale nie dała mu tego powiedzieć.
-          Tylko nic jej nie mów.
Ostatnio wszystko robiła, a więc i mówiła, w zwolnionym tempie, jakby słowa sprawiały jej ból albo trudność.
-          Nie kłam też za bardzo.-znowu nastąpiła dłuższa pauza.- Będzie czuła…Wyczuje, że oszukujesz. Powiedz, że jestem w szpitalu, ale, że to nic takiego, że mnie badają na serce i niedługo wrócę. Albo nie. Teraz nic nie mów…Dopiero, jak wróci. Teraz niech ma spokój.
Przytaknął ruchem głowy. Zapadła cisza. Taka zupełna, dźwięcząca w uszach.
-          Poczekam, aż przyjdzie lekarz-powiedział wreszcie.
Musiał odchrząknąć, bo uwięzło mu coś w gardle i „poczekam” wyszło bardzo niewyraźnie, coś jak „czkam”.
-          Jak sobie chcesz. –powiedziała sucho.
-          Jak sobie nie chcę- pomyślał, ale już nauczył się przygryzać język.
Ostatnio zrobiła się taka drażliwa, że nawet zwykłe okrągłe zdania wyprowadzały ją z równowagi. Przy okazji i jego też.
-          A przecież kiedyś miała mistrzostwo świata w ciętych aluzjach – znowu pomyślał, ale znowu sam się skarcił.-Nie powinienem o niej mówić w czasie przeszłym…To wszystko. to tylko jakiś koszmar, który minie. Wszystko przecież mija. Jak nieszczęście, jak choroba…
Długo nie wierzył, że coś jej naprawdę jest. Nie wierzył, że to jakaś choroba. Zresztą robiła wszystko, jak dawniej. Może nawet więcej. On był stale zajęty. Wpadał do domu jeść, spać i w nocy po jej ciało. Czasem bawił się z Małą, zaganiany do tego przez nią siłą, bo wolałby kanapę i telewizor. To normalne. Ciągle pracował. Gdy zaczęła się skarżyć na coraz to nowe bóle- wysyłał ją do lekarzy. Chodziła, wracała zdrowa. Potem znowu się zaczynało. W końcu przestała. Pomału wycichała, spokojniała i jakby osuwała się do środka, w głąb siebie. Był zadowolony. Przestała mieć do niego pretensje o rzeczy, na które nie miał wpływu, przestała narzekać i marudzić. Ich seks też się wyciszył i był mniej innowacyjny, ale był i to mu wystarczało. Tego jednak, co działo się ostatnio, nie dało się już ominąć, przeczekać. W dodatku kompletnie nie wiedział, co się dzieje. I, jak do tej pory odsuwał od siebie myśl o chorobie, tak teraz  równie silnie myślał, że to tylko choroba właśnie. Że przecież ją wyleczą i cześć. Odnowioną i wyrestaurowaną odstawią pod drzwi.
-          Muszę tylko zadbać, by porządnie ją leczyli. By niczego nie zlekceważyć. Zrobić porządnie. Ona musi teraz myśleć tylko o sobie i jeść grzecznie te tabletki. Wszystko wróci do normy. Musi.
I gdzieś na dnie jego mózgu, po raz pierwszy w życiu zakiełkowała myśl, która jednak nigdy nie została sformułowana, ale sprowadzała się mniej więcej do tego, że nie wyobraża sobie życia bez niej.
Teraz stał z nią przed tymi drzwiami i nie wiedział, co mógłby powiedzieć.
-          Proste pocieszenia wykpi, patetyczne- wyśmieje…To nie do zniesienia. –myślał coraz bardziej zdenerwowany na to wszystko.
Na to, że musi się zastanawiać, co powiedzieć i siedzieć tu, przed tymi durnymi, białymi drzwiami.
-          A w ogóle, to nie mam czasu. Nie mam czasu. Mam obowiązki. Muszę wracać do roboty i dziecka- ręce trzeszczały wyginane w stawach- Faktycznie nie powinna być sama. O, kurde. Jutro przecież jedzie nad morze! Na śmierć zapomniałem…
Odwrócił się gwałtownie do niej i spytał:
-          A co z tą zieloną szkołą? To chyba jutro?
Na jej twarzy pojawiło się coś na kształt kąśliwego uśmiechu, ale nawet, jak na ten rodzaj, to był nieco skarlały uśmiech.
-          Wszystko jest gotowe. Spakowane. Rano odwieziesz ją tylko pod szkołę.
-          Jak rano? Jak to, rano? Mam na siódmą do pracy- oburzył się bezwiednie i próbował zaraz zatuszować, to co powiedział - To znaczy… No… Oczywiście…Jakoś się zerwę… Ale jutro ta narada… Kurde…Ale …no tak … Jasne.
-           Nie wysilaj się- skarciła go kwaśno- Jadą o szóstej. Musicie wstać o piątej…
-          Ach… No tak… Nie musisz się martwić. Wszystko załatwię.
I przyszedł lekarz. Młody przystojny człowiek o bardzo miłym obejściu. Krótko powiedział mu o możliwościach odwiedzin, zasięgania informacji itd. Potem rzucił w jego stronę głośno i nawet filuternie, akcentując pointę, jak w bajkach:
-          A żona zostaje z nami…
I tyle. Zamknęły się za nią drzwi, a on został po drugiej stronie. Bezwiednie wyszedł po schodach na alejkę. Odwrócił się jeszcze z niemiłym uczuciem, że zostawił torbę.
-          Ale no tak… Torba jest jej…
Przystanął przed bramą. Słońce właśnie znikało za krzakami na horyzoncie. Zapowiadała się piękna, pachnąca majowym deszczem noc.
-          Ewa…- powiedział cicho na głos i poszedł w stronę samochodu.